Blog Rehabilitanta

Wpisy

  • piątek, 07 listopada 2014
    • Pech!

      

      Przeglądając moje ostatnie zapiski stwierdzam, że w moim otoczeniu wszyscy mają niesamowitego pecha, jeżeli chodzi o różnego rodzaju urazy, choroby, przypadłości. Co zrobić, tak to już jest w życiu – raz na wozie, raz pod wozem. Chcąc nie chcąc, trzeba się zaznajomić z niektórymi objawami i ich leczeniem – inaczej w towarzystwie łatwo wyjść na całkowitego ignoranta. W końcu przyjaciele są po to, żeby współodczuwali i rozumieli, prawda? Z pewnością słyszeliście kiedyś o Achillesie z mitologii greckiej, którego wszyscy w szkole (mniej lub bardziej) poznali dzięki „Iliadzie” Homera.

       

      Z pewnością słyszeliście też o tym, że pewien element ludzkiego ciała został nazwany tym oryginalnym imieniem – mięsień, który łączy piętę i łydkę. Jeden z moich przyjaciół poznał go bardziej dobitnie, ponieważ spotkał go ogromny pech, a mianowicie zerwane ścięgno achillesa. Z jego pierwszych relacji można się było dowiedzieć mniej więcej tyle, że był to ból nie do wytrzymania (ale nie każdy jest równie odporny na ból – to, co dla kogoś jest bólem nie do wytrzymania, dla innego jest podobne do ugryzienia komara). Co więcej, o ironio, przyczyna zerwania ścięgna była bardzo błaha – bez żadnej rozgrzewki, podczas jakichś wygłupów, wystartował do biegu i masz babo placek. Na szczęście okazało się, że ścięgno zostało tylko naderwane, a nie całkowicie zerwane, więc o operacji nie było mowy. Wystarczyły specjalne maści dla sportowców, okłady i kilka dni cierpliwości. Na początku oczywiście chodzenie jest utrudnione i sprawia ból, ale z czasem wszystko wraca do normy. Niestety raz uszkodzone ścięgno będzie podatne na dalsze urazy, więc takie sytuacje pewnie będą się powtarzać. Oby tylko nie doszło do tego, że konieczne będzie leczenie operacyjne, bo to się wiąże z ogólnym znieczuleniem, które nie każdy dobrze znosi oraz z późniejszą rehabilitacją przed pełnym powrotem do sprawności.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      blogrehabilitanta
      Czas publikacji:
      piątek, 07 listopada 2014 16:38
    • Przyszła kryska na Matyska

      „Przyszła kryska na Matyska” – jest takie polskie powiedzenie, które oznacza mniej więcej tyle, że w końcu do czegoś doszło, kogoś spotkała jakaś kara, skończyło się dobre. Nie wiem, czy słyszeliście je kiedyś? W mojej rodzinie używa się go dość często. Teraz to przysłowie użyte zostało w kontekście właściwie moim i pewnej starszej osoby w mojej rodzinie. Wcześniej zdarzało mi się nieraz uśmiechnąć pod nosem lub zażartować z osoby, która jest skazana na leczenie nietrzymania moczu.

       

      Nawet w telewizji są reklamy związane z tym zjawiskiem. Niestety okazało się, że ta choroba dopadła też kogoś mi bliskiego i już teraz wcale nie jest mi do śmiechu. To jedna z tych chorób, które budzą poczucie wstydu, a u innych – niezrozumienie powagi sytuacji i wyśmiewanie się z takiej osoby. Człowiek, który zmaga się z nietrzymaniem moczu ma wielki problem z normalnym funkcjonowaniem, bo przecież ciągle musi myśleć o tym, żeby się „nie posikać”. Nawet wyjście do sklepu czy na spacer jest skomplikowane, bo przecież toalety nie znajdują się co pięć metrów, a trudno pukać do drzwi każdego mijanego po drodze domu z prośbą: „Dzień dobry, ja muszę skorzystać z toalety, a tak na marginesie stosuję leczenie wysiłkowego nietrzymania moczu, więc z drogi!”. Brzmi to komicznie, ale niestety tak to wygląda. Leczenie nie jest takie proste i okazuje się, że często jedynym wyjściem z sytuacji jest operacja. Z perspektywy ludzi młodych śmieszne może się wydawać kupowanie pieluch czy pieluchomajtek komuś, kto niemowlakiem nie jest już od kilkudziesięciu lat, ale niestety choremu często jest to potrzebne do normalnego funkcjonowania.

       

      Taka sytuacja najcięższa jest dla chorującego, który jest przecież normalnym, sprawnym człowiekiem i musi się pogodzić z tym, że zamiast zwykłych majtek zakłada pieluchę. Więc apeluję o więcej zrozumienia, tolerancji i współodczuwania. Eh, życie wcale nie jest takie kolorowe. Jak to mówią babcie – starość się Panu Bogu nie udała!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      blogrehabilitanta
      Czas publikacji:
      piątek, 07 listopada 2014 16:38
    • Skręcenie stawu skokowego

      Uff. Za mną pracowity czas, a przede mną … jeszcze bardziej pracowity! Ale nic to, trzeba iść do przodu, bo kto nie idzie do przodu, ten … się cofa, czy stoi w miejscu? Dobra, dość już tych filozoficznych rozmyślań. Do sedna. Wyobraźcie sobie, że mój przyjaciel miał okropnego pecha i jak grom z jasnego nieba spadło na niego skręcenie stawu skokowego, a jak pewnie się domyślacie – to boli. Szczerze mówiąc, ja – słysząc takie medyczne określenie – niewiele z tego rozumiem. Staw skokowy to w ogóle element ciała, który jakoś trudno mi gdzieś konkretnie umiejscowić.

       

      Ale od czego są przyjaciele i niezastąpiony internet? Wystarczyło się troszkę doszkolić i już wiem, że staw skokowy to miejsce, które łączy podudzie i stopę (chodzi oczywiście o układ kostny). Z pewnością trochę więcej na ten temat mógłby powiedzieć każdy, kto uprawia czynnie jakiś sport (poza szachami oczywiście), bo okazuje się, że wówczas staw skokowy jest bardzo często narażony na kontuzje, złamania, skręcenia. Nie jestem lekarzem, więc wymądrzać się na ten temat nie mam zamiaru, ale mój kolega, który skręcił ten tajemniczy staw skokowy, gra pasjami w piłkę nożną i do wypadku doszło właśnie podczas treningu. Został sfaulowany i upadł tak niefortunnie, że niestety teraz już długo nie pogra. Oczywiście w każdej sytuacji można znaleźć jakiś promyczek optymizmu – dopadło go to, z czym co chwilę zmagają się wielcy piłkarze. Oby skończyło się na krótkim leczeniu i powrocie do sprawnego chodzenia i grania, a nie na jakiejś dłuższej rehabilitacji i ćwiczeniach. Ciekawe też, czy takie kontuzje „lubią” się odnawiać – to znaczy czy jak raz skręcił staw skokowy to jest bardziej narażony na takie wypadki w przyszłości?

      Czas pokaże. Jedno jest pewne – ze sportu raczej nie zrezygnuje. I tak jest większym szczęściarzem niż mój inny znajomy, też sportowiec, który po wyskoku do kosza i późniejszym zeskoku na podłogę, stanął tak niefortunnie, że stało mu się coś ze stawem kolanowym, a to już wyższa szkoła jazdy. Później opowiadał, jak wymęczała go rehabilitacja po rekonstrukcji acl, czy tego więzadła, które znajduje się w kolanie. Chodził długo o kulach. Teraz ma często problemy z tym kolanem, mimo, że wypadek miał już bardzo dawno. Ale zaraz zaraz, czy wszyscy moi znajomi to sportowcy z uszkodzonymi stawami? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      blogrehabilitanta
      Czas publikacji:
      piątek, 07 listopada 2014 16:37